piątek, 12 kwietnia 2013

Kiedyś zastanawiałąm się, jakby to było, gdyby umarł. Rodzice mieli by tylko mnie i mama kochała by mnie bardziej, a tata był mniej nerwowy. Zapadałam się chwilami w takie myśli i po chwili otrząsałam, bo po pierwsze, tak nie można, a po drugie, to przecież rodzina.

Zawsze chciałam być lepsza, dla niego lepsza, żeby tak o mnie pomyślał, poklepał po ramieniu i powiedział coś miłego. Żebym mogła się innym chwalić, patrzcie, jakiego mam brata.
Lubiliśmy jako dzieci jeść pierogi z jagodami, po których brudnych nie mieliśmy tylko stóp, wykradać nutellę ze słoika i jeździć z rodzicami w góry, kiedy trzeba było wstawać o świcie, jeść jajecznicę i spać w pociągu.
Mamy z tych wypraw jedno zdjęcie, moje ulubione, przy jakims schronisku, kiedy wyglądamy jak dwa aniołki i on mnie obejmuje gestem starszego brata, który może wszystko, chociaż nie mógł mieć wtedy więcej niż 9 lat.

Byłam natrętną muchą, której nie dopuszczał do swojego świata, strzepywał moje pytania, pozostawiając je bez odpowiedzi. Moja pierwsza, największa porażka.
To za niego zawsze się modliłam i płakałam, kiedy długo nie wracał. To z myślą o nim dzieliłam słodycze, które przypadkowo dostałam, nigdy nie wyobrażałam sobie tabliczki czekolady jako całość, będąc dzieckiem, zawsze jako połowę.

Kibicowałam mu i do dziś to robię, przy każdej rzeczy, jaką decyduje się robić.
Nienawidze, kiedy coś go rani i kiedy jest smutny i nie potrafie mu pomóc. Jego złe wiadomości są zawsze złe dla mnie, bo to tak, jakby były moje.

Dzisiaj nie wyobrażam sobie bez niego życia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz